Czy terapia musi boleć?

2025-12-16

     Czy psychoterapia musi boleć? Zapewne nie istnieje jedna odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, zawsze można stwierdzić: "to zależy". I trudno się z tym nie zgodzić. Niektórzy skonstatują, że w życiu jedyne co musimy to umrzeć, a wszystko poza tym jest opcjonalne. Są też i tacy, którzy powiedzą wprost, nie uciekając się do filozoficznych odwołań i teoretycznych rozważań: "Tak, musi boleć, jak życie w ogóle. Dlaczego miałoby być inaczej?"

     Ten tekst jest moją odpowiedzią, subiektywną i uwarunkowaną moimi doświadczeniami i aktualnym sposobem myślenia - jako terapeutki i pacjentki. Każdemu terapeucie dane jest przecież doświadczyć wszystkich trudów i uroków terapii także od tej drugiej strony (niejednokrotnie o wiele dłużej niż jego pacjentom). I coraz bardziej skłaniam się do trzeciej opcji, czyli tej, która nie pozostawia wiele złudzeń.


Przecież terapia ma mi pomóc czuć się lepiej


     Decyzja o podjęciu terapii może być podyktowana różnymi motywami, rzadko jednak jest wśród nich poczucie bycia w najlepszym momencie swojego życia. Najczęściej jest to dyskomfort, cierpienie, które pojawia się gdy nie rozumiemy świata lub/i siebie. Nie wiemy co robić, gdy życie przytłacza, a nasze dotychczasowe sposoby przestają działać. Szukanie profesjonalnej pomocy u psychologa lub terapeuty to dobry pomysł. Rozmowa z wykwalifikowaną osoba, która słucha z zaangażowaniem i ciekawością, która akceptuje nas i uważnia nasze uczucia, a przy tym dzieli się swoją wiedzą - to bardzo cenne doświadczenie i początkowo faktycznie przynosi ulgę. "Wyrzucanie z siebie" tego, co dręczy i przytłacza ma oczywiście swoją wartość i sens, lecz gdyby terapia miała na tym tylko polegać, możemy sobie wyobrazić, że nie przyniosłaby na dłuższą metę znaczących zmian. Nie o to przecież chodzi, by tkwić w "bańce", ciepłej i miłej, lecz oderwanej od rzeczywistości. Jest, oczywiście, miejsce i czas i na to, lecz koniec końców celem terapii jest lepsze radzenie sobie z tym, co w życiu trudne, bolesne i przytłaczające. A terapeuta, wciąż życzliwy i empatyczny, staje po stronie zdrowych i rozwojowych mechanizmów, raczej niż tych, które przynoszą chwilową ulgę.

     I w każdym procesie, prędzej czy później, przychodzi ten moment, w którym zaczyna się trudna i, tak, czasem bolesna praca. W trakcie trwania terapii można czuć się i funkcjonować gorzej. Sesje mogą być bardzo trudne i można mieć poczucie, że to nie tak miało wyglądać.


Ból a cierpienie


     Nie znaczy to wcale, że terapia ma być sado-masochistycznym rozdrapywaniem ran czy tarzaniem się w traumach wszystkich naszych przodków. Nie powinna być też polem na którym terapeuta udowadnia swoją wszechwiedzę i dominację nad pacjentem.

     W każdym przypadku jako pacjent powinieneś mieć poczucie że jesteś bezpieczny, a w razie wątpliwości, czy terapia idzie w dobrym kierunku, wnieść to na sesję. Dobrze jest upewnić się, czy terapeuta ma odpowiednie kwalifikacje i korzysta z superwizji, by monitorować swoją pracę.

     Pisząc o tym, że terapia boli, mam na myśli ten rodzaj bólu, który towarzyszy każdej zmianie i każdemu procesowi dojrzewania. Który jest nieodłączną częścią życia. Który towarzyszy nam od dzieciństwa, przez dojrzewanie, dorosłość, aż do śmierci. Który pojawia się ze stratą bliskiej osoby, rozstaniem, porażką, rezygnacją z czegoś na rzecz innego wyboru, rozczarowaniem. Który rozumiemy jako naturalną konsekwencję naszej zdolności do przywiązania, a jednocześnie chcielibyśmy żeby nas ominął. Są też wydarzenia traumatyczne, pozostawiające głębokie blizny i strategie ochrony przed ponownym zranieniem.

     Tymczasem, paradoksalnie, to właśnie wysiłki aby go uniknąć prowadzą często do większego cierpienia. Gdy, na przykład, aby stłumić uczucie pustki i samotności, dana osoba sięga po alkohol - przynosi to ulgę, ale jest to chwilowy efekt. W dłuższej perspektywie może się uzależnić, zacząć mieć problemy w pracy i w relacjach, problemy ze zdrowiem. Jej samoocena spada na łeb i szyję, co nie ułatwia motywacji do zmiany… Lub ktoś, kto przeżywa silny wstyd i lęk w sytuacjach społecznych - gdy zaczyna ich unikać, nie stają się dla niego łatwiejsze, wręcz przeciwnie. Podobnie w przypadku gdy z lęku przed zranieniem w relacji w ogóle się z nich wycofuje. Przykładów można by mnożyć, lecz mechanizm błędnego koła pozostaje podobny: cierpienie - tymczasowe rozwiązanie - konsekwencje w życiu - cierpienie - kolejna strategia by je zmniejszyć - konsekwencje - i tak dalej.

      Nie znaczy to, że ktokolwiek robi to w pełni świadomie i z premedytacją. Ani intencje, ani strategie same w sobie nie są złe. Problemy zaczynają się wtedy, gdy te strategie stają się zbyt sztywne i blokują rozwój innych, bardziej adaptacyjnych i gdy hamują nasz rozwój.

     Możemy sobie wyobrazić, że w terapii, chcąc rozplątać, często wielowarstwową, strukturę "błędnych kół", napotkamy na ból, któremu do tej pory broniliśmy dostępu. Zanim nie "wytrenujemy" nowych sposobów, możemy czuć go ze zwiększoną siłą.

     To trochę tak jak w treningu na siłowni - koniec końców celem jest bycie silniejszym i bardziej sprawnym. I raczej nikogo nie dziwi, że po pierwszych treningach bolą go mięśnie i nierozruszane stawy. Przy regularnych treningach dyskomfort się zmniejsza, ból zmęczonych mięśni może nawet być przyjemny, a w każdym razie lepszy niż chroniczny ból pleców. W terapii jest bardzo podobnie: bez wysiłku nie ma rezultatów, a umiejętność radzenia sobie nawet z trudnymi emocjami chroni przed chronicznym cierpieniem.


Bolesne zderzenie z rzeczywistością


     Dobry terapeuta, w mojej opinii, to taki, który myśli o swoim pacjencie w kategoriach długoterminowych (niezależnie od tego, ile trwa terapia). Myśli o jego celach z perspektywy rozwojowej i, nawet gdy to trudne, nie daje się zwieść "tymczasowym rozwiązaniom". Jest, chcąc nie chcąc, trochę jak rodzic, który mówi czasem "nie" i stoi na straży ustalonych zasad i granic. To może rodzić frustrację.

     Poza tym, jak każdy człowiek, zdarza mu się mieć wady i słabości. Może za dużo/za mało mówić, ziewać w trakcie sesji, powtarzać się, czasem może zdawać się w ogóle nas nie rozumieć. To może budzić rozczarowanie.

     Sama terapia okazuje się, jak to określił Peter Fonagy, raczej "pływaniem w zimnej, krystalicznej wodzie niż kąpielą w ciepłym jeziorze". I nawet jeśli brzmi to w pewien sposób atrakcyjnie, w rzeczywistości nie jest komfortowe. Terapia, taka w której naprawdę zachodzi zmiana i rozwój, jest też procesem utraty: złudzeń, iluzji, nierealistycznego obrazu siebie i świata. Jak pisze Judith Viorst w książce o bardzo wymownym tytule "To, co musimy utracić, czyli miłość, złudzenia zależności, niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec by wzrastać" (którą poleciła mi pewna mądra terapeutka i którą teraz ja polecam pacjentom), na każdym etapie życia mierzymy się ze stratami, często bolesnymi. I na każdym etapie uczymy się sobie z nimi radzić i je akceptować. I za każdym razem radzimy sobie z nimi lepiej. Co nie oznacza, że staje się to łatwe.

     Życie - gdy chcemy przeżyć je w sposób pełny i dojrzały - nie jest drogą usłaną różami, podobnie jak terapia. Jest w niej wszystko: i śmiech i wzruszenie, i płacz i złość. Gdy robi się wyłącznie "sympatycznie" można się zastanowić, czy to wciąż służy rozwojowi.


Nie jest i nie będzie idealnie


     Jednym z oczekiwań, które musimy porzucić, jest to, że nasze problemy po terapii się skończą. Że terapia, jak cudowne remedium, uchroni nas przed przyszłymi trudnościami, konfliktami, dołkami; że "przepracowane" tematy nie będą wracać. Oczywiście, redukcja objawów utrudniających życie i ulga w cierpieniu jest jak najbardziej realna, lecz mniej realistyczne jest oczekiwanie że stanie się to szybko, bez wysiłku i kosztów, a także że wszystko da się rozwiązać raz na zawsze.

     Fakt, że dobra terapia działa nie tylko na objawy, lecz także dociera do ich przyczyn i źródeł. Dzięki zmianom w głębszych strukturach osobowości i wypracowaniu nowych strategii radzenia sobie zmniejsza się prawdopodobieństwo powrotu do nieadaptacyjnych wzorców. Nadal jednak terapia nie likwiduje deficytów, nie wymazuje traum i nie zmienia biologii. Ta bolesna konstatacja może jednak prowadzić do akceptacji ograniczeń, co w dłuższej perspektywie może nam tylko służyć.

     Wniosek jest taki, że terapia, choć czasami bolesna, jest drogą ku lepszemu zrozumieniu siebie i otaczającego świata. Proces ten wymaga odwagi i determinacji, ale nagrody, jakie przynosi, są bezcenne. Prawdziwa zmiana nie zachodzi w warunkach komfortu; to właśnie w chwilach trudnych i bolesnych odkrywamy naszą siłę i zdolność do adaptacji. Przyjmując ból jako część procesu rozwoju, otwieramy się na głębsze zrozumienie i możliwość prawdziwej transformacji. Wybierając tę ścieżkę, kształtujemy nasze życie na nowo, uzyskując tym samym szansę na bardziej satysfakcjonujące i autentyczne istnienie.